Majowy łuskacz


Ostatni majowy weekend zapowiadał się słonecznie i wietrznie. Jaki mógł być plan? Oczywiście tylko jeden- jechać na ryby. Podczas 2-dobowej zasiadki udało mi się wypracować jedno branie. Jedno ale jak dla mnie najlepsze! Pierwszą dobę i kolejny dzień spędziłem bez tzw. „pika”. W ostatni dzień przed wieczornym wywiezieniem zestawów położyłem na stoliku pusty przypon ronnie rig i zapytałem syna – jaką zakładamy kulkę.

Bez zastanowienia odpowiedź była krótka i zdecydowana – truskawka!. Więc założyłem „truskawkę” pop up w rozmiarze 16mm. Do tego nie wielka porcja zanęty w postaci kulek, pelletu i orzecha tygrysiego a to wszystko zalane boosterem truskawkowym. Następnego dnia po porannej kawie miałem się zwijać do domu jednak mój sen przerwał piękny dźwięk centralki – nie macie pojęcia jak wyrwało mnie to z łóżka! Bardzo energiczne branie, wyobraźcie sobie dźwięk sygnalizatora i wyciąganej żyłki – poezja!. Wyrwany ze snu wbiegłem do wody chwytając po drodze podbierak bo coś czułem, że to będzie duża ryba. Karp zassał „truskawkę” przy przeciwległym brzegu i ruszył w przeciwnym kierunku w pas trzcin. Widziałem już jak moja żyłka kładzie trzcinę ale udało mi się wyprowadzić go na otwartą wodę. Po chwili w moim podbieraku ujrzałem pięknego, dużego, pełnołuskiego karpia i poczułem się mega szczęśliwy!. Jestem pewny, że każdy z Was wie o czym mówię. Waga (bez worka) pokazała równo 16 kg!

Był tak piękny, że chciałoby się spędzić z nim jak najwięcej czasu ale… szybka sesja, buziak i wracaj do swojego domu. Po wypuszczeniu ryby mogłem spokojnie wypić tą poranną kawę, spakować się i wrócić do domu, a dokładnie do pracy. Pisząc tą relację cały czas czuje te emocje i już tęsknię…

tekst i fot. Artur Melerowicz

 


 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.