Utrzymać rybę w łowisku – Tomek Sikorski

W tym roku wypad na ryby był dla mnie do tej pory marzeniem ściętej głowy.  Mistrzowie fuszerki a la goście z Blok Ekipy, z którymi miałem do czynienia podczas budowy domu, sprawili, ze za wykańczanie (przede wszystkim siebie) wziąłem się osobiście!  Zamiast wędki w ręku w tym sezonie trzymam pace, wałki i wkrętarkę, a zamiast zanęty w wiadrze mieszam gipsy, gładzie i farby! Zmiana Hobby? Nie sądzę…

Słowa pewnej znanej pieśni mówią, że “czasem człowiek musi, bo inaczej się udusi”.  Nie wytrzymałem więc i postanowiłem, że jeden dzień urlopu wykorzystam rzeczywiście na wypoczynek, a wiadomo, że  ten z wędką jest najlepszy:) Wypad zaplanowałem wieczorem dnia poprzedniego, więc za dużo czasu nie miałem.  Ugotowałem tylko trochę konopi i odwiedziłem, Marcina, portalowego kolegę, któremu z weekendowych wojaży zostało trochę pinki. Tylko tyle i aż tyle miało mi wystarczyć do szybkiego wędkowania. Zero jokersa i zero ochotki, ot tylko na pinkę bez napinki:) Nie miałem ciśnienia na wynik, ale ciśnienie na bycie nad wodą było ogromne.

Długa przerwa w wędkowaniu sprawiła, że nie brałem nawet pod uwagę aby brać nad wodę cały ten wyczynowy majdan. Tyczki, rolki … cholera do czego to służy? a już wiem, ale na razie odpuszczę.!:) Wybrałem  sześciometrowe baciki.  Ku mojej uciesze, z poprzedniego sezonu zostało jeszcze kilka zestawów w niezłym stanie. Na żyłce moje ulubione spławiki na szybkie płotki, czyli milo tokyo! Cóż zestawy bardziej na płytszą wodę, ale specjalnie nic wiązać mi się nie chciało! Damy radę! Po zawiezieniu młodzieży do przedszkola pakuje wędki, lekkie siedzisko  i trochę sprzętu i ruszam na pobliskie glinianki w poszukiwaniu wszędobylskich płoteczek. Nie ważne jakie, ważne żeby gryzły, spławik wjeżdżał pod wodę, a ja chciałem mieć  radość z pierwszego w tym sezonie wypadu. Nie szkodzi, że na wariata.

 (Stare, ale jare. Odpowiednio zakonserwowane, nawet kruche spławiki mają długi żywot.)

Do bagażnika wpakowałem 1 paczkę płociowej zanęty Profess o zapachu kolendry. Zanęta bardzo ciemna, ale do tego planowałem dać jasnej argilii i dociążyć wszystko gliną wiążącą.  Glina ta miała za zadanie doprowadzić kule do dna, nie nęcąc wszędobylskich uklejek. To jednak założenia, które miałem na sucho. Na wszelki wypadek wziąłem też standardowo trochę ziemi bełchatowskiej jeśli łowiłbym w płytszym zamulonym miejscu, a takie na mojej gliniance też są.

Na miejscu okazało się, że nad wodą nie było żywej duszy. Udałem się więc na milszą mi część akwenu bez pomostów, gdzie zdecydowanie więcej jest zieleni i spokoju. Łowisko podczas gruntowania okazało się dość głębokie. Grunt wynosił prawie 3 metry. Zabrałem się wiec do przygotowywania ciężkiego, wcześniej założonego wariantu. Zanęty dałem jednak mało bo niespełna pół paczki.  Nauczony na własnym przykładzie, że choć niewielkiej płotki jest tu sporo, to jednak bywa ona chimeryczna i nie raz podczas zawodów tu rozgrywanych zbyt bogaty towar powodował zanik brań i kiepski wynik. Na szczęście spotkało mnie to tylko raz, ale to wystarczy!  To porażki przecież  uczą nas najwięcej. Zrobiłem wiec dość ubogie w zanętę, ale mocno sklejone kluski, do których części dodałem bentonitu, aby gdy ryby już wejdą miały przez dłuższą chwilę w czym buszować. Mieszanka z dużą ilością gliny argile od Sars’a i więżącej zabarwiła się na ładny brązowy kolor.

(Mieszanka wzbogacona gotowanymi konopiami.)

Przygotowania szły dość wolno, bo brak obłowienia dawał się we znaki. Na wędkowanie zostało trochę ponad 3 godziny. Dobre i to na przetarcie! Apropo przetarcia to po namoczeniu i przetarciu przez sito samej zanęty, nad wodą naprawdę zapachniało! Pytanie, czy tym pod wodą też się spodoba?

Do wody na wstępne nęcenie poleciała połowa towaru przeznaczone na wędkowanie. Taki właśnie wariant chciałem zastosować,  choć wiadomo, że i tak donęcać będzie trzeba. Chociażby z tego powodu, że płoć lubi gdy w łowisku się dzieje i często pomimo zalegającej na dnie sporej porcji smakołyków brania siadają i potrzebne są nowe impulsy. Zestaw ustawiłem tak, żeby przypon z  haczykiem numer 20 leżał na dnie około 5 cm. Przeważnie zaczynam łowić płotki od styku, ale tego dnia postanowiłem powalczyć także o pogrubienie wielkości poławianych  płoteczek.

Na ryby nie czekam długo, a pierwsze zdobycze AD 2018 lądują w siacie! To zgodnie z przewidywaniami płoteczki. Małe, ale póki co udało  się oszukać ukleje, ciężkim towarem. Niełowienie przez dłuższy czas pozwoliło mi spojrzeć na wszystko z dystansu. W ubiegłym sezonie nie zrobiłbym takiej rybce zdjęcia…w tym cieszę się jak w czasach gdy miałem naście lat i zdobywałem pierwsze szlify. Reset był potrzebny!

(Pierwsza zdobycz.)

W łowisku cały czas się coś dzieję. Płoteczki wyjeżdżają z wody regularnie, a ku mojej radości co jakiś czas na haczyku melduje się pan leszczyk…mini leszczyk ale kto wie co będzie dalej?!

Rzeczywiście pod koniec drugiej godziny wędkowania w łowisku następuje cisza. Wiemy doskonale, że nie zawsze to zwiastun porażki. Łowie batem wiec lekko nie jest, ale zwiększam grunt tak, ze na dnie spoczywa już ok 40 cm przyponu… Chwila oczekiwania i wjazd…bacik wygięty bardziej niż do tej pory zwiastuje, że weszły chlapaki! Sytuacja powtarza się kilkukrotnie, a raz niestety ryba urwała przypon. Ten leszczyk, o czym świadczył śluz na pozostałościach przyponu już chlapakiem nie był. Wszystko co dobre szybko się kończy. Kończy się także mój wypad na pobliskie glinianki. Wiem, że było nieźle…Waga wskazuje grubo ponad 4 kilogramy ryb. Jestem zadowolony!

Po pamiątkowej fotce z samowyzwalacza wszystkie ryby wróciły do wody, a ja śmierdzący rybą i zadowolony pojechałem do domu! Wiem jednak, że już za kilka tygodni wracam do wędkarstwa “na pełen etat”!

(Standardowa procedura Catch & Release)

Podsumowanie: Pierwszy krótki wypad nad wodę uważam za niezły. Bez jokersa i ochotki udało mi się utrzymać rybę w łowisku przez całe wędkowanie. Donęcałem ostrożnie małymi kuleczkami mieszanki. Cieszę się, że weszły leszczyki i cieszy mnie to, że w krótkim czasie, mając do dyspozycji prosty sprzęt udało się wyczuć ryby  i dostosować się do warunków panujących  w łowisku. Ryby trzymały się przy dnie, przy ciężkim i powoli obsypującym się towarze.

Wodom Cześć!!

Tekst i Foto: Tomek Sikorski

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.