Jesiotr i trzy Japońce…

Muszę przyznać, że mój kolejny wypad z method feederem był odrobinę przypadkowy. Po wpadce jaką zaliczyłem podczas karasiowej wyprawy, chciałem zwyczajnie odegrać się na rybach. Wtedy udało mi się przechytrzyć tylko trzy karasie srebrzyste, więc nie czułem wystarczającego dosytu. No cóż zdarzają się czasem takie wyprawy, o których byśmy chcieli jak najszybciej zapomnieć. Tak naprawdę nie wiem gdzie tkwił błąd, bo do ryb chciałem dobrać się tak jak zwykle. Może właśnie te rutynowe podejście, a może zupełny brak żerowania w łowisku sprawił, że z tej wyprawy wróciłem na tarczy.

(Trzy japońce ……)

Moje drugie rozdanie wypadło na nieco bardziej rybnym łowisku, w którym dominuje populacja średniej wielkości leszcza. Oczywiście najczęściej wędkarze połowią tu przysłowiowych “chlapaków”, ale zdarzyć się mogą nawet silne, złote łopaty, które w łowisku mieszkają na pewno. Taktyka na moje wędkowanie była prosta. Przez pierwszą godzinkę chciałem skupić się wyłącznie na leszczykach. Lekki picker, mały podajnik oraz jeden rodzaj pelletu doprawiony dipem, miał być moim kluczem na tutejsze leszczyki. Musiałem też sprawdzić, która z przynęt okaże się w tym dniu najbardziej skuteczna oraz, który wariant pelletowy będzie dla ryb najsmaczniejszy. Leszcze jak wiadomo uwielbiają mięso. Przynętą numer jeden okazał się biały i czerwony robak. Pellety przynętowe wszelkiej maści były zwyczajnie przez “bremesiki” omijane, a jeśli już następowało branie, nie było ono tak zdecydowane jak na wijącego się robala. Jeśli chodzi o pellet zanętowy, do gustu leszczyków przypadł pellet kukurydziany z dodatkiem orzecha tygrysiego. Zabawa z odławianiem “chlapaków” trwała w najlepsze przez równą godzinkę. Po tym czasie przyszedł czas na szybkie foto i sprawdzenie wyniku. Przyjechałem tu przecież, również na grubego zwierza!

(Pellet kukurydziany z dodatkiem orzecha tygrysiego oraz dip o tym samym smaku.)

(Czerwony robak w methodzie?…Czemu nie! Za sekundę zaczynamy polowanie na grubego zwierza.)

(Leszczykowy wynik.)

Pozostało tylko przeprowadzić małe korekty dotyczące moich zestawów. Po zmianie przyponów na te grubsze ze znacznie większymi hakami, oraz po małej modyfikacji podajników, mogłem zaczynać. Oczywiście do kuwety powędrował też dodatek pelletu halibutowego i rozdrobnione kulki o smaku kozieradki. Na haku zawisła apetyczna kulka linowo-karasiowa. Na pierwsze branie długo czekać nie musiałem. Szybkie dwa strzały szczytówki i gwałtowne poluzowanie żyłki. Po takim braniu ryba jest już na pewno zapięta. Pozostało tylko wyholować mój przyłów. A tym okazał się śliczny zloty karaś. Bardzo waleczna i zasługująca na szacunek rybka. W naszych wodach to prawdziwa rzadkość. Wypuszczajcie złote karasie!

Przypony warto trzymać na piankowych krążkach. Kulki linowo-karasiowe na moje bonusy.

   (Pellet halibutowy na grubszego zwierza)

(Moja złota niespodzianka.)

Kolejne branie nastąpiło po kilkunastu minutach. Ryba była zdecydowanie większa i po około 10 minutowym holu spięła się z haka. Być może za szybko chciałem aby była moja… Po tym zdarzeniu w łowisku nastąpiła cisza. Na szczęście stałe donęcanie podajnikiem wypełnionym pysznościami, w końcu znów przyciągnęło w łowisko duże ryby. Tym razem przeciwnik nie walczył tak zaciekle, ale od razu wiedziałem że ma już swoje słuszne rozmiary. Świeca nad wodą oznajmiła, że to jesiotr. Po kilkunastominutowym holu ryba skapitulowała i wylądowała w siatce podbieraka. Jeszcze tylko kilka pamiątkowych fotek i żegnam mojego przeciwnika..

(Jesiotr w pełnej krasie. Za chwilę ryba wróci do domu.)

To był bardzo dobry i co ważne rybny dzień. Udało się także sprawdzić dwie metody z method feederem.

Tekst i foto: Marcin Cieślak

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.